desk.pl

facebook.com/renataprzemyk

cafemlynek.pl

annasaraniecka.pl

magazynstyle.pl

pracownia.org.pl/dz


Jeśli na tej stronie
jest błąd - zgłoś go!
 

Brak tytułu

# Jest Pani feministką?

Renata Przemyk: Z wielkim zdziwieniem i konsternacją zauważam, że właśnie ta część kobiet, która ma szczęście robić w swoim życiu to czym marzy - i to wyłącznie dzięki osiągnięciom emancypacji - odżegnuje się od nazywania ich feministkami. Myślę, że dzieje się tak dlatego, że określenie to ma negatywne konotacje i one obawiają się nieciekawego skojarzenia z "babochłopami", walczącymi na śmierć i życie z męskim rodem. Ja także nie mam z takim wyobrażeniem feministki nic wspólnego i od niego stanowczo się odcinam. Po prostu uważam, że każdy człowiek, bez względu na płeć, ma prawo do samorealizacji. To nie płeć powinna być kryterium przydatności do zajęcia, które chce się wykonywać ale to, czy jest się w tym dobrym, czy nie. Niestety, kobiety wciąż są często traktowane gorzej niż mężczyźni. I to wywołuje odruch solidarności z nimi u każdego trzeźwo myślącego człowieka.

# Czy na polskiej estradzie kobiety również są dyskryminowane?

Renata Przemyk: Tutaj rządzą prawa rynku: gwiazdą jest ten, kogo publiczność chce słuchać. Płeć nie ma znaczenia.

# Wychowała się Pani w otoczeniu, w którym przeważali mężczyźni: tata i dwóch braci.

Renata Przemyk: Ale była też mama i babcia. Faktem jest, że w naszym domu funkcjonował patriarchalny model rodziny. Babcia dbała o to, aby bracia nie podejmowali się zajęć uważanych za typowo kobiece. Chybiony pomysł, zwłaszcza, że mężczyźni są silniejsi, a większość zajęć domowych wymaga przecież sprawności fizycznej. Znam jednak wielu mężczyzn, którzy wcale nie wstydzą się ponoć kobiecych zajęć. Ktoś, kto zna swoją wartość nie potrzebuje eksponować sztucznych podziałów i ceni sobie partnerski układ. Wydaje mi się, że tylko faceci zakompleksieni i słabi wykorzystują zakorzenione w źle pojmowanej tradycji schematy i przestarzałe stereotypy funkcjonowania rodziny.

# Kiedyś powiedziała Pani, że w czasach szkolnych chciała bardzo być podobna do swych rówieśników, ale nie była. Na czym polegała Pani inność?

Renata Przemyk: Często nie byłam w stanie złapać z rówieśnikami kontaktu. Może po prostu nie miałam szczęścia i nie trafiałam na podobnych do mnie? Niedawno analizowałam losy moich szkolnych znajomych i doszłam do wniosku, że dzisiaj też z wieloma nie miałabym łatwego kontaktu, bo nasze życiowe drogi zupełnie się rozeszły. Ale zdaję też sobie sprawę z tego, że jestem introwertykiem i do dzisiaj mam trudności z werbalizowaniem uczuć. Dopiero na studiach poznałam ludzi, z którymi mogłam się zaprzyjaźnić, otwarcie rozmawiać.

# Wcześniej trafiła Pani do grupy "Rewizja".

Renata Przemyk: Tak - ponieważ szukali wokalistki. Bardzo podobało mi się to, że nie wykonywali muzyki jednorodnej stylistycznie, więc spróbowałam. Była to mieszanina jazzu i rocka. W składzie było kilka osób ze szkół muzycznych i dzięki temu można było sobie pozwolić na śmielsze muzyczne rozwiązania.

# Jak to się stało, że postanowiła Pani śpiewać?

Renata Przemyk: Rozśpiewałam się jako nastolatka w zespole oazowym. Kiedy usłyszałam własny głos w kościele - nabrałam wiary w siebie.

# Nie zdała Pani jednak do katowickiej Akademii Muzycznej.

Renata Przemyk: Nie wiem, czy to źle, czy dobrze. Bardzo szybko przestałam tego żałować. I tak nie miałabym czasu na wszystko, czym się wtedy zajmowałam. Studiowałam przecież już slawistykę i koncertowałam. Ponieważ miałam jednak poczucie, że bez akademii muzycznej wciąż nie śpiewam wystarczająco profesjonalnie, szukałam nauczyciela. I znalazłam fantastycznego - Bolka Rawskiego, kierownika muzycznego krakowskiego Teatru im. J. Słowackiego. Trafiłam do niego poprzez Zygmunta Koniecznego, z którym wówczas współpracowałam.

# Co dały Pani te lekcje?

Renata Przemyk: Stałam się świadoma tego, jakimi możliwościami głosowymi dysponuję. Ponieważ byłam wtedy zamknięta w sobie, przez długi czas miałam problemy z przełamywaniem bariery wstydu. Ponadto nie miałam takiego miejsca, gdzie mogłabym się wykrzyczeć. Najpierw mieszkałam w akademiku, a potem w bloku i zawsze obawiałam się, że komuś mogę przeszkadzać. Dzięki mojemu nauczycielowi i małej kanciapie na strychu teatru, gdzie mogłam swobodnie śpiewać, pokonałam wewnętrzne opory i poznałam tajniki warsztatu. Jestem mu za to bardzo wdzięczna.

# Już pierwsze Pani solowe występy pokazały, że ma Pani w pełni ukształtowany własny styl.

Renata Przemyk: Po prostu czułam wewnętrznie, że powinnam śpiewać tak, a nie inaczej, bo właśnie to mi się podoba. Nie było nigdy żadnej kalkulacji czy świadomej kreacji. Może dlatego, że we wszystkich sferach życia kieruję się intuicją. Oczywiście odkąd pamiętam towarzyszy mi poczucie, że czegoś mi brakuje, że coś mogę zrobić lepiej. Ale to tylko skłania mnie do pracy nad sobą, nad muzyką. Nigdy nie jest tak dobrze, żeby nie mogło być lepiej.

# Czy podobnie jest z Pani oryginalnym wizerunkiem scenicznym?

Renata Przemyk: Nie pracowałam nad nim ze sztabem stylistów. Może komuś mogło przyjść do głowy, że jestem wykreowana, ale ja byłam i jestem sobą. Ta moja "dziwność" jest całkowicie naturalna. Przez lata występów nabrałam scenicznego obycia, co nie znaczy, że pozbyłam się tremy...

# Dlaczego zdecydowała się Pani na akompaniament niemal wyłącznie akustycznych instrumentów?

Renata Przemyk: O, to było paręnaście lat temu. Znałam wtedy muzyków, który grali właśnie na akordeonie, saksofonie i kontrabasie. Z nich powstał dość odjazdowy zespół "Ya Hozna". Szybko jednak zaczęłam odczuwać niedosyt i rozpoczęłam eksperymentowanie z innymi brzmieniami. Najpierw pojawiła się perkusja, chwilę później elektryczne gitary, od jakiegoś czasu klawisze i elektroniczne brzmienia.

# Ale Pani ukochanym instrumentem pozostał akordeon.

Renata Przemyk: To prawda. Akordeon pogłębia nastroje. Sprawia, że smutek jest smutniejszy a radość bardziej radosna. Tym bardziej, jeśli gra na nim ktoś, kto ten instrument kocha i docenia jego możliwości. Maciek Inglot, z którym pracuję od kilku lat jest niezwykłym akordeonistą, nie zamyka się w jednym stylu, klimacie, potrafi znakomicie łączyć muzykę poważną z eksperymentalną, motywy żydowskie z rockowymi.

# W 1989 r. wygrała Pani Studencki Festiwal Piosenki. To była przepustka do sławy?

Renata Przemyk: To nie takie proste. Wielu ze zwycięzców tego konkursu nigdy nie wypłynęło na szersze wody. Sukces zależy od wielu rzeczy. Przede wszystkim od determinacji, tego ile ma się do powiedzenia, czy jest to w jakikolwiek sposób nowatorskie, czy jest się w stanie zainteresować sobą na dłuższą metę słuchaczy... Mało tego - trzeba mieć odporność na zagrożenia czyhające w show-biznesie: nie dać się stłamsić i przerobić. Jeżeli przetrwa się, obstając przy swoim - to zaprocentuje. Trzeba jeszcze trafić na właściwych ludzi. Ale i wtedy nie można spocząć na laurach: publiczność trzeba ciągle zaskakiwać. To moja prywatna recepta.

# Z Krakowa trafiła Pani na dwa zupełnie różne festiwale: do Jarocina i Opola.

Renata Przemyk: O występie w Jarocinie marzyłam od kiedy jeździłam tam jako słuchacz. Wiedziałam, że jeżeli tam się obronię, to już nic mnie nie zaskoczy. Jeśli ktoś jeździł w tamtych czasach do Jarocina, wie, że to był prawdziwy poligon: albo sukces, albo śmierć sceniczna. Można było oberwać tłustą parówką, workiem z mlekiem, konserwą turystyczną, albo zostać "kupionym". Wystąpiłam zaproszona przez zespół "Armia" pomiędzy Moskwą i Gardenią, pamiętam do dzisiaj. Decydowały pierwsze dźwięki. Nie oberwałam, chociaż mój repertuar dla punków musiał być bezczelną prowokacją. Stadion tańczył pogo przed panienką w czarnej mini... Chyba zadziałałam przez zaskoczenie. Do dziś wspominam ten koncert najlepiej ze wszystkich festiwalowych. Opole i Sopot dały mi zupełnie inny rodzaj satysfakcji: ucieszyło mnie, że zupełnie nie naginając się do gustu przeciętnego telewidza, zdobyłam jego sympatię, dostałam kredyt. Chciałabym wierzyć, że stało się to dzięki mojej szczerości w tym, co robiłam i robię.

# W jednej z recenzji z Pani debiutanckiej płyty - "Ya Hozna" - przeczytałem, że był to "najbardziej awangardowy album roku".

Renata Przemyk: Myślę, że wszystkich zaskoczyło nowatorskie wykorzystanie tradycyjnych instrumentów. W tamtym czasie akordeon zwany wstydem był mocno skompromitowany i kojarzył się głównie z weselem i imieninami u cioci. Trzeba było mieć odwagę, żeby stanąć przy nim na scenie. Był po prostu obciachowy. Jestem trochę nieobliczalna - albo zamykam się w domu ze strachu przed otoczeniem, albo rzucam się na zagrożenie niczym kamikadze - postawiłam wszystko na jedną kartę i potraktowałam swoją pierwszą płytę, jako artystyczne "być albo nie być". Stwierdziłam, że jeśli zaistnieję na scenie bez sztucznej kreacji i ktoś mnie właśnie taką niemodną zaakceptuje - to będzie uczciwa przepustka. Wcale nie było powiedziane, że się uda... No ale udało się - pewnie dlatego dzisiaj rozmawiamy.

# Przez lata kariery udało się Pani zachować artystyczną niezależność.

Renata Przemyk: Jestem jak beton. Oczywiście, jak każdy, kto pracuje w tej branży, spotykałam się z naciskami ze strony wytwórni płytowej. Kiedyś, dawno już, postawiono mnie przed wyborem: "Albo nagrasz przebój, albo cię nie będzie". Wtedy odpowiedziałam: "To wolę, żeby mnie nie było". I oni ustąpili, a płyta która im się tak bardzo nie podobała, w ciągu miesiąca dostała "złoto". Ponieważ od wielu lat pracuję z jedną firmą, poznaliśmy się na tyle, że oni wiedzą, czego można się po mnie spodziewać, a ja wiem, na co mogę z ich strony liczyć. Od tamtej pory nie wchodzimy sobie w drogę, bo zrozumieli, że mam swoją publiczność, której gust jest równie nieprzewidywalny jak mój...

# Muzyka na Pani kolejnych płytach ewoluowała w kierunku rocka i form bardziej eksperymentalnych. Czy to wynik wcześniej przyjętej strategii?

Renata Przemyk: W mojej muzyce nie ma miejsca na strategię. Nigdy nie myślę o swoich płytach pod kątem ich ewentualnego sukcesu komercyjnego - "Zaśpiewam tak, bo to powinno dobrze się sprzedać". Nawet gdybym chciała, to nie umiałabym. Wszystko, co robię wynika z sytuacji, w której się aktualnie znajduję, z emocji, które przeżywam, ze spotkań z ludźmi, z którymi styka mnie los, z fascynacji, którym ulegam. Siadam przy komputerze i wtedy przychodzą mi do głowy różne pomysły na melodie i aranżacje. Dzieje się to zupełnie spontanicznie. Cóż - człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi. Nie wszystko jest pod moją kontrolą.

# Powiedziała Pani niedawno: "Przestałam wierzyć, że można za pomocą subtelnych środków dotrzeć do słuchacza".

Renata Przemyk: To dotyczyło mojej płyty z 2001 roku - "Blizny". Byłam bardzo zbulwersowana tym, co działo się wówczas w otaczającym mnie świecie. Irytowała mnie nierówność społeczna, niesprawiedliwość, nietolerancja, znieczulica, cynizm mediów, ogólna niewrażliwość. Nie mogłam takich emocji wyśpiewać cicho i subtelnie. Chciałam tą płytą wstrząsnąć i sprowokować słuchacza do myślenia. Próbowałam pokazać, że najważniejsze jest w nas - to, co sobą przedstawiamy, to, w jaki sposób zachowujemy się w stosunku do siebie i innych. Wszystkie te myśli zostały ujęte w 10 wojowniczych piosenek.

# Czy w takim razie nowa Pani płyta, która obecnie powstaje, będzie dla kontrastu intymnym i wyciszonym spojrzeniem wewnątrz siebie?

Renata Przemyk: Tak, ta płyta będzie intymna, ale nie wyciszona. Tym razem zrezygnuję z krzyku jako środka ekspresji. Ale będzie emocjonalna, nie sądzę, żeby dała szansę na relaks. Teksty napisze autorka, z która współpracuję od początku, Anka Saraniecka.

# No właśnie: jak doszło do Waszego spotkania?

Renata Przemyk: Poznałyśmy się w czasie studiów w Uniwersytecie śląskim. Od razu poczułyśmy, że jesteśmy bratnimi duszami. Anka miała mocną, ukształtowaną osobowość i myślała podobnie jak ja. Okazało się, że jest w stanie wyrazić, to, co czuję lepiej ode mnie samej.

# Próbowała Pani wcześniej sama pisać teksty?

Renata Przemyk: Oczywiście. Ale były one tak intymne, że kiedy próbowałam je śpiewać, miałam wrażenie, że staję przed publicznością kompletnie naga. Tymczasem Anka potrafiła tak opisać moje emocje, że choć nadal zachowywały one prywatny charakter, miały kształt poetyckiego uogólnienia i były napisane pięknym, bardzo muzycznym językiem.

# Czy sugeruje jej Pani konkretne pomysły na teksty?

Renata Przemyk: Wszelkie sugestie z mojej strony szybko przestały być potrzebne. Kończyło się na ustalaniu ogólnych tematów. Najpierw powstaje muzyka, a dopiero potem tekst. Kiedy go śpiewam mam wrażenie, że był w tej muzyce od zawsze.

# Mówiąc o ekshibicjonizmie w sztuce, powiedziała Pani kiedyś, że "odsłanianie się powinno być utrzymane w rozsądnych granicach". Gdzie one przebiegają?

Renata Przemyk: Kiedy odsłaniam jakiś fragment mojej prywatności wobec słuchaczy, przestaje on być już tylko mój, staje się elementem dzieła sztuki. Lecz kiedy odczuwam poważny wewnętrzny opór przed obnażeniem - rezygnuję, nie pokazuję wszystkiego za wszelką cenę. Choć piosenkarz, tak jak aktor, jak każdy artysta, musi pokonać w sobie barierę wstydu, nie oznacza to chyba, że będzie gorszym piosenkarzem czy aktorem, jeśli zrezygnuje z odsłonięcia siebie do końca, bez ograniczeń.

# No właśnie: ma Pani w swej karierze również próby zmierzenia się z aktorstwem. Pociąga Panią ta forma ekspresji?

Renata Przemyk: Moje występy mają w sobie coś z aktorstwa. Chyba dla nikogo, a dla mnie z pewnością, funkcjonowanie na scenie nie jest stanem naturalnym. Trzeba wyzwolić emocje na ogół niepotrzebne w życiu codziennym. Trzeba przyciągnąć uwagę. I nie można sobie wyjść i trzasnąć drzwiami, bo akurat biomet jest niekorzystny.

# Spotykamy się w momencie, kiedy uczestniczy Pani w próbach do przedstawienia "Devil Vodevil". Czy możemy się dowiedzieć o nim czegoś więcej?

Renata Przemyk: To spektakl muzyczny, który nawiązuje klimatem do berlińskiego kabaretu z okresu międzywojennego. Ekscentryczny musical, bardzo nowoczesny i autorski, surrealistyczny, nieco witkacowski, niezwykle ekspresyjny i perwersyjny. To Piekło dla Wybitnych Dewiantów, którzy mają swoją Nadscenę i bez oporów mogą prezentować swoje grzechy. Demoniczną scenografię zaprojektowała Agata Duda - Gracz, reżyseruje Paweł Szarek. Młodzi, znakomici aktorzy zarazili mnie swoim entuzjazmem, śpiewają świetnie i do upadłego. Postacie są wyraziście nakreślone, groteskowe, zabawne i przerażające jednocześnie. Ja gram upadłą gwiazdę piosenki, która trafiła do piekła za grzech pychy, ale nie przestała wierzyć w swoją genialność. To pastisz współczesnego świata, ale na tyle uniwersalny, że musi się spodobać. Choć to chyba nie najlepsze słowo - rozśmieszyć, poruszyć. Premiera w kwietniu.

# Skoro jesteśmy przy teatrze, nie sposób nie zapytać o "Balladynę", do której napisała Pani muzykę.

Renata Przemyk: To było zupełnie coś innego niż komponowanie piosenek. W zamyśle reżysera muzyka miała być aktorem, jakby narratorem widowiska. Nie odpowiadałam jak zazwyczaj wyłącznie za siebie. Zdawałam sobie sprawę, że jeżeli ja nawalę - polegnie spektakl. Ta świadomość była bardzo uciążliwa, ale jednocześnie niezwykle mobilizująca. A od propozycji do premiery było zaledwie pięć tygodni. To była praca na najwyższych obrotach.

# Będzie Pani kontynuować komponowanie na potrzeby teatru?

Renata Przemyk: Tak, przyjęłam niedawno propozycję napisania 16 piosenek do spektaklu nazywającego się roboczo "Gwizd", zimnej komedii muzycznej. Premiera jesienią w chorzowskim Teatrze Rozrywki. Autorem i reżyserem przedstawienia jest Fred Apke, znakomity niemiecki twórca, który wystawił już w Polsce "Fausta" i "Kurę na plecach". Bardzo się cieszę, że zaproponował mi współpracę. Spektakl będzie utrzymany w ironicznych, mrożkowskich klimatach. Zapowiada się naprawdę interesująco.

# Przyznała Pani kiedyś, że jest osobą wstydliwą. Czy wyjście na scenę było swoistym chwyceniem byka za rogi?

Renata Przemyk: Na początku tak. Chciałam sobie udowodnić, że umiem przełamać wrodzoną nieśmiałość. Później, kiedy już nauczyłam się być z ludźmi zrozumiałam, że nic na siłę. Kiedyś wydawało mi się, że jeśli nie potrafię się z kimś dogadać, to znaczy, że ze mną jest coś nie w porządku. Życie nauczyło mnie, że może być zupełnie na odwrót. Nie każdego muszę lubić i nie każdy musi lubić mnie. Jestem samotnikiem i uważam, że życie jest za krótkie, by tracić je na przypadkowe, powierzchowne kontakty.

# Powiedziała Pani, że stara się "być uważna i nikogo nie ranić". Czy to jeden z powodów tej ucieczki w samotność?

Renata Przemyk: Jako osoba wycofana i małomówna nie jestem narażona zbyt często na tego typu wpadki. Lecz z drugiej strony wiem, że jako introwertyk bywam zbyt skoncentrowana na sobie, nie ze złej woli, naprawdę. To sprawia, że mogę nieświadomie kogoś skrzywdzić - choćby nie poświęcając mu takiej uwagi jakiej oczekuje w duchu...

# Bycie artystą kojarzy się właśnie z takim "rozpuszczeniem" własnego "ja".

Renata Przemyk: Silne ego jest potrzebne. Trzeba bowiem uwierzyć w siebie i w to co, się robi. Nie można przecież wyjść na scenę i przepraszać za to, że się żyje. To byłoby żałosne. Scena jest bezlitosna.

# Każdemu artyście potrzeba jednak dużo samoświadomości, aby nie popadł w samouwielbienie, stawiające go ponad dobrem i złem. A to przecież obowiązujący obecnie w sztuce, postmodernistyczny trend. Przeciwstawia się Pani tym modnym poglądom, mówiąc w jednym z wywiadów: "Buntuję się przeciwko relatywizmowi i nie odróżnianiu dobra od zła".

Renata Przemyk: Cieszę się jednak, że ciągle spotykam ludzi, którzy myślą, tak jak ja. Relatywizm moralny rujnuje więzi, sprawia, że człowiek czuje się zagubiony i nie wie czego się uchwycić skoro odrzucił jasne podziały. Sam wykopuje sobie stołek spod nóg a potem rozpacza i obwinia świat. Ja tak nie postąpię. Być może to wygodna postawa, ale wymagająca w dzisiejszych czasach dużej odwagi.

# Czy uważa Pani, że swoją twórczością udaje się Pani zmienić słuchacza na lepsze?

Renata Przemyk: Nie mam aż takiej wielkiej wiary w swoją siłę rażenia ani tym bardziej poczucia misji. Zwracam jednak baczną uwagę, aby to, co śpiewam nie niosło negatywnego przesłania. Cała reszta wynika z moich wewnętrznych przeżyć. I bardzo się staram, aby to co robię było prawdziwe. Bo przede wszystkim ja tego potrzebuję. Już sama komunikacja ze słuchaczem, a co dopiero porozumienie, jest prawdziwą przyjemnością. Jeżeli ktoś, dzięki moim piosenkom, choć troszkę się uwrażliwi na muzykę i słowo - to będzie mój ogromny sukces, którego przecież nie zakładałam, bo nie znam osobiście swoich słuchaczy, w każdym razie nie wszystkich! Więc kiedy przychodzi ktoś po koncercie i mówi, że moja muzyka uchroniła go przed popełnieniem jakiegoś głupstwa, dała dystans do siebie, czy do świata, bardzo mnie to wzrusza. Wtedy na chwilę zapominam, że przecież pracuję w szołbiznesie i śpiewam tylko piosenki.

Wywiad przeprowadzony przez Pawła Gzyla dla "Miasta Kobiet".

Wszelkie prawa autorskie związane ze stroną oraz materiałami zamieszczonymi na niej, są wyłączną własnością Renaty Przemyk. Kopiowanie całości lub części znajdujących się na niej materiałów, bez zgody właściciela jest surowo zabronione. (C) & TM Renata Przemyk. All rights reserved.
Webmaster: AlienArt Projekt i realizacja witryny: AlienArt Hosting: desk.pl